Mariusz Paszkiel o początkach w Warsaw Marriott Hotel

Udostępnij nas na:
[SPECJALNIE DLA NAS] Bardzo dużo siły daje mi mój zespół oraz osoby, z którymi dzięki pracy mam okazję się spotkać. Kiedyś to byli moi klienci. Dziś to dobrzy znajomi, czy nawet przyjaciele. Te relacje są niezwykle ważne. To wartość, której nie można wycenić – powiedział w rozmowie z nami Mariusz Paszkiel, dyrektor sprzedaży i marketingu Warsaw Marriott Hotel.
fot. Karolina Jóźwiak, www.fotogenetycznie.pl
Przypominasz sobie chłopaka, który przystawiał nos do szyby, zaglądając do Championsa?

Doskonale sobie przypominam ten moment, kiedy przyjecha­łem, wraz z kolegą, do Warszawy, w poszukiwaniu pracy. Kupo­waliśmy poniedziałkową Gazetę Wyborczą i korzystając z budki telefonicznej na Dworcu Centralnym dzwoniliśmy w odpowie­dzi na wybrane ogłoszenia. Pewnego dnia, gdy szliśmy Alejami Jerozolimskimi, zobaczyłem bar sportowy w hotelu Marriott. Tak jak powiedziałaś, przykleiłem nos, aby zobaczyć co dzieje się w środku. To był dla mnie wielki świat – lokal w klimacie spor­towym, z mnóstwem gości, w wysokim, wręcz przytłaczającym budynku. Wówczas w żadnych, nawet najbardziej optymistycz­nych scenariuszach, nie przypuszczałem, że kiedykolwiek, nie tylko będę w tym obiekcie pracował, ale że w ogóle, będę mógł do niego wejść.

W trakcie pobytu w stolicy łapałem się różnych zajęć, aby przeżyć z miesiąca na miesiąc – było sprzątanie, prze­prowadzki. Oczywiście nie było nas też stać na jakiekolwiek jedzenie restauracyjne. Pamiętam, że wielkim luksusem była kasza gryczana, jajko sadzone i buraczki za 3,5 zł w Barze Mlecz­nym Szwajcar.

Moja droga z hotelarstwem zaczęła się w Victoria Intercon­tinental. Kolega zadzwonił z informacją, że poszukują osoby do pracy. Ten świat spodobał mi się od razu, można powiedzieć, od momentu przekroczenia progu hotelu. To był rok 1998 r. Począ­tek mojej kariery w branży.

Jakie były zatem Twoje pierwsze obowiązki w Victorii?

Byłem odpowiedzialny za obsługę szatni, przygotowanie sal konferencyjnych i bankietów. Była to niezwykle ciężka praca, jednak możliwość bycia małą częścią takich wydarzeń jak Bal Mistrzów Sportu czy Bal Twojego Stylu, dawały mi olbrzymią satysfakcję. Dodatkowo miałem okazję poznawać mnóstwo, bardzo ciekawych ludzi. Z częścią z nich współpracuję i przy­jaźnię się po dziś dzień. Wówczas sobie obiecałem, że kiedyś sam będę organizował takie imprezy i uczestniczył w nich, ale już jako gość. I rzeczywiście po parunastu latach się to spełniło.

Wspominając jeszcze tamte lata – pamiętam jak któregoś razu przechodziliśmy z moim przyjacielem (z którym pracowa­łem w Victorii) przez zatłoczony lobby bar. Powiedziałem mu wtedy: „Kiedyś my będziemy siedzieć w takim miejscu i zama­wiać sobie takie drinki”. Całkiem niedawno poszliśmy razem do tego hotelu, powspominać dawne czasy. Usiedliśmy w lobby barze i piliśmy drinki… Myślę, że nastawienie i ułożenie sobie w głowie tego, co się chce, prowadzi do tego, że się to osiąga.

RYNEK DOSTAWCÓW HORECA W POLSCE – RAPORT 2020
> kliknij, aby się zapoznać się z pełnym wydaniem <
Jak dalej dążyłeś do postawionego sobie celu?

Wiedziałem, że muszę iść dalej. Podstawą było nauczenie się języka angielskiego. Najszybszym sposobem, aby to osiągnąć, był wyjazd do pracy do Anglii. Co ciekawe rozmowę z angielską agencją miałem właśnie w hotelu Marriott. Zaproponowano mi pracę w małym obiekcie, na wsi, na stanowisku night supervi­sora. Zdecydowałem się. Oczywiście był to ciężki okres – inny świat, inne realia. Mieszkaliśmy w staff housie. Do dziś pamię­tam smak makaronu z pesto, przyrządzanego przez włoszkę, jedną ze współpracownic. Co się później okazało, nikt inny nie chciał podjąć tej pracy w nocy. Krążyła legenda o duchu, który straszy w tym hotelu. Ja jednak, chyba jako jedyny, nie bałem się tej night lady (śmiech).

Po powrocie do Polski kontynuowałeś swoją ścieżkę w hotelarstwie…

Tak, wróciłem do Victorii, ale do sprzedaży reaktywnej. Po nieca­łym roku stwierdziłem, że siedzenie za biurkiem to nie moja baj­ka. Na rok przeszedłem do firmy z innej branży, jednak bardzo brakowało mi hotelarstwa. Wtedy na rynku (to był to 2008 r.) pojawiła się oferta pracy w dziale sprzedaży proaktywnej w ho­telu Marriott. Widziałem, że jest to zadanie i miejsce dla mnie. Dostałem tę pracę. Szybko awansowałem i przechodziłem przez kolejne szczeble Działu Sprzedaży. Po jakimś czasie zapropono­wano mi posadę dyrektora sprzedaży w hotelu Ossa w Rawie Mazowieckiej. Dokładnie po roku pracy w Ossie, zadzwonili do mnie z Marriotta i zaoferowali stanowisko dyrektora sprzedaży i marketingu. Jestem pierwszym Polakiem piastującym tę funk­cję w warszawskim hotelu Marriott.

A pamiętasz swoją pierwszą rozmowę kwalifikacyjną w Marriottcie?

Rekrutacja odbywała się etapami. Pamiętam rozmowę z Małgo­sią Szewczyk, dyrektor sprzedaży. Gdy już otrzymałem tę pracę, po jakimś czasie zapytałem ją: „Dlaczego ja?”. Odpowiedziała: „Może Ty tego nie czułeś, ale ja miałam wrażenie, że podczas tej rozmowy, za chwilę przeskoczysz przez stół, który nas dzielił. Z taką pasją i zaangażowaniem mówiłeś.”

Aktualnie śledzisz liczby i wyniki, ale swoim pracownikom starasz się przekazać, że powinni mieć z tej pracy zabawę. W jaki sposób realizuje się plany i oczekiwania właścicieli, mając z tego fun?

Przez te wszystkie lata udało mi się wypracować model zarzą­dzania oparty o osiąganie wyników poprzez zabawę. Staram się zarażać swój zespół takim właśnie podejściem. Polega ona na tym, że należy wyczuć co klient potrzebuje, jak zaskoczyć go ja­kimś pytaniem czy sugestią, zanim on o tym pomyśli. Oczywiście podkreślam, że cyfry są ważne, ale jeśli będą mieć z pracy ra­dość, wstawać każdego dnia pełni chęci do zadań, to wyniki same przyjdą. Przede wszystkim trzeba mieć z tego przyjemność.

Bardzo dużo siły daje mi mój zespół oraz osoby, z którymi dzięki pracy mam okazję się spotkać. Kiedyś to byli moi klienci. Dziś to dobrzy znajomi, czy nawet przyjaciele. Te relacje są nie­zwykle ważne. To wartość, której nie można wycenić.

Podobnie jak możliwość dawania czegoś od siebie. Gdy wi­dzę uśmiechnięte twarze dzieci z Domu Dziecka, których mie­liśmy przyjemność gościć, to daje olbrzymi power. Małym ge­stem dajemy olbrzymią przyjemność, której nie zapomną do końca życia. To właśnie nas napędza do dalszej pracy i działania.

Jakie było największe wyzwanie, któremu udało Ci się sprostać, a początkowo wydawało niemożliwym do spełnienia?

Na pewno takim wyzwaniem było zadanie, które dostałem po objęciu stanowiska dyrektora sprzedaży i marketingu w Mar­riottcie. Do hotelu trafiłem we wrześniu, czyli bardzo gorącym okresie. Musiałem przygotować budżet na następny rok, co wią­zało się z analizą sterty dokumentów, mnóstwem spotkań, licze­niem. Zupełnie nie byłem do tego przygotowany, ani wyszkolo­ny. To był dla mnie cyfrowy matrix. Byłem już zrezygnowany, ale wówczas bardzo wsparła mnie moja żona, która uspokoiła i mówiła, abym dał sobie czas i się nie poddawał.

Mówiąc o tym to na pewno bez wsparcia żony ciężko byłoby mi spełniać się w takiej pracy jak ta, którą wykonuje. Zrozumie­nie z jej strony jest niezwykle ważne, szczególnie pod koniec roku, gdy mamy bardzo dużo eventów, spotkań no i obowiąz­ków związanych z podsumowaniem i planowaniem…

Cały wywiad publikujemy w:

ŚWIAT HOTELI: grudzień 2019
> kliknij, aby się zapoznać się z pełnym wydaniem <

© BROG B2B Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością sp.k.
Dalsze rozpowszechnianie powyższego materiału jest zabronione.