Właściciele Chimney Cake Bakery o początkach i rozwoju konceptu

Udostępnij nas na:
Wcześniej nie mieli nic wspólnego z branżą. Kierowali się intuicją, dzięki której mogli wspierać się na wyżyny kreatywności tworząc nowe rozwiązania. Dziś wierni swojej wizji przygotowują się do rozwoju konceptu w formie franczyzowej. Tomasz Domagała i Filip Kubica, właściciele Chimney Cake Bakery, w rozmowie z nami opowiedzieli o zaufaniu, motywacji i ryzyku w biznesie.
Wasza marka powstała w 2014 roku. Jak doszło do tego, że zostaliście wspólnikami?

Tomasz Domagała: Znamy się z Filipem od ponad 15 lat. Od kiedy pamiętam, w tym duecie chodziły nam po głowie ciekawe pomysły i inicjatywy, a sporo z nich udało się z powodzeniem zrealizować. Geneza samego Chimney’a sięga czasów, kiedy obaj studiowaliśmy na politechnice. Filip wiązał swoje plany z architekturą, a ja z logistyką. Na trzecim roku po raz pierwszy spotkaliśmy się z kształtem węgierskich ciastek kominowych. Choć nie mieliśmy żadnego doświadczenia w gastronomii, było to dla nas coś zupełnie nowego i fascynującego. To dało początek temu, czym dziś jest Chimney Cake Bakery.

Filip Kubica: Zbiegło się to w czasie z pojawieniem się kilku zagranicznych konceptów gastronomicznych w Polsce. Okazało się, że większość z nich, nie utrzymała się na rynku, mimo świetnego produktu oraz dużego wsparcia franczyzodawcy. Wiedzieliśmy, że kopiowanie amerykańskich czy zachodnioeuropejskich pomysłów, po prostu się nie sprawdza. Chcieliśmy wykreować coś zupełnie nowego, traktując ciekawy kształt ciastek węgierskich jako inspiracje, a nie cały pomysł na biznes. Zależało nam na własnej recepturze, mocno dostosowanej do polskich podniebień. Kompletnie zmodyfikowaliśmy pierwotny przepis i sposób zarządzania biznesem do takiego stopnia, jaki zawsze chcieliśmy osiągnąć. Kopiowanie jeden do jednego nigdy nie wychodzi nikomu na dobre.

Czy brak doświadczenia w gastronomii był w Waszym przypadku plusem czy mankamentem?

TD: Mimo że nie mieliśmy wcześniej styczności z tą branżą, to z perspektywy czasu wiemy, że był to ogromny plus. Nie było przed nami żadnych ograniczeń.

FK: Tak, to było bardzo dobre. Wiele rozwiązań, na które wpadliśmy bez żadnego doświadczenia, okazało się być dla nas lepszymi od tych istniejących. Dotyczyło to wszystkich obszarów biznesu. Dążyliśmy do takich wartości, które sami sobie ustanowiliśmy, bo nie wiedzieliśmy, jakie są standardy w branży. Oczywistym jest, że później musieliśmy nadrobić pewne luki, ale w procesie kreatywnym na pewno pomógł nam brak doświadczenia w gastronomii.

Ciastka idealnego szukaliście dosyć długo, ponieważ dopiero 32 próba okazała się być tą, recepturą, którą stosujecie do dziś. Jak wyglądał cały proces?

FK: Na początku wszystko testowaliśmy w naszym pierwszym, małym punkcie. Znaliśmy składniki na oryginalne węgierskie ciasto i od tego zaczęliśmy. Później tylko próby, próby, próby. Zjedliśmy naprawdę dużo ciastek, zanim doszliśmy do receptury, która w 100 proc. spełniała nasze oczekiwania. Dziś mogę powiedzieć, że autorski przepis na Chimney’owe ciasto ma niewiele wspólnego z węgierskim oryginałem. Nie ma w nim dróg na skróty i jest oparty tylko na naturalnych składnikach od lokalnych dostawców.

Decydując się na otwarcie Chimney Cake Bakery postawiliście wszystko na jedną kartę?

TD: W trakcie pracy nad naszą recepturą skończyliśmy pierwszy etap naszych studiów. Wiedząc, jak duży potencjał drzemie w nowym koncepcie, zdecydowaliśmy się zakończyć naszą przygodę ze studiowaniem i w ten oto sposób staliśmy się inżynierami, którzy zamierzali wypiekać najlepsze ciastka na świecie.

FK: Pożyczyliśmy pieniądze od naszych znajomych. Nie była to duża kwota, lecz na tamten czas wydawała nam się ogromna. Tomek przeprowadził się z dnia na dzień do Krakowa. Wynajęliśmy dwupokojowe mieszkanie, w którym były tylko dwa materace i mała kuchnia. Wiedzieliśmy, że musi się udać. Nie było innego wyjścia.

TD: Dzięki naszej determinacji poznaliśmy też siebie, jako wspólników. Od początku darzyliśmy się ogromną dozą zaufania. Łączy nas nie tylko biznes, ale także przyjaźń.

FK: To nie było tak, że każdy przyszedł ze swoimi pieniędzmi i doświadczeniem w zarządzaniu biznesem. My nie umieliśmy tego robić (śmiech). Wspólnie się tego uczyliśmy.

Gdy zapadła decyzja, że otwieracie pierwszy punkt, zaczęliście od researchu, szkoleń, zasięgaliście rady od innych?

FK: Zanim doszliśmy do etapu, w którym skorzystaliśmy z profesjonalnej wiedzy, minęło dobrych kilkanaście miesięcy. Okazało się, że nasza intuicja jest dobrym doradcą w tej branży. Najlepszym dowodem jest to, że nadal korzystamy z rozwiązań z pierwszego roku działalności. Dzisiaj, kiedy decydujemy się poszerzać nasza wiedzę, wiąże się to bardziej z usprawnieniem i automatyzacją biznesu. Jeśli chodzi o stronę kreatywną – polegamy nadal na sobie. Przekonaliśmy się już nie raz, że tak jest po prostu lepiej. Realizujemy wizję, którą wykreowaliśmy na samym początku. Teraz uczymy się nią zarządzać.

Rozmawiała Milena Kaszuba-Janus
Cały wywiad publikujemy w:
SWEETS & COFFEE
NAJBARDZIEJ PRAKTYCZNE, NOWOCZESNE I NIEZALEŻNE
CZASOPISMO BRANŻY
> link do aktualnego numeru <

© BROG B2B Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością sp.k.
Dalsze rozpowszechnianie powyższego materiału jest zabronione.