Właścicielka 5 Składników o powstaniu i rozwoju restauracji

Udostępnij nas na:
O gastronomicznej przygodzie, łączeniu gotowania, podróżowania i dzielenia się przepisami opowiada, w rozmowie z nami, Karolina Szymańska, właścicielka konceptu 5 Składników, inspirowanego głównie Azją.

Skąd pomysł na rozpoczęcie działalności związanej z gastronomią?

Ona zaczęła się dwa lata temu. Wcześniej pracowałam w korporacji. Odpowiadałam za rozwój biznesu i sprzedaż. Już wtedy sporo podróżowaliśmy na własną rękę z rodziną po dalekiej Azji i byłam zafascynowana kuchnią dalekiego Wschodu. Po którymś z takich dalekich wyjazdów, zdecydowałam się na zmianę swojej życiowej drogi, odejście z korporacji i otwarcie pierwsze¬go lokalu.
Chciałam stworzyć miejsce, które połączy moje pasje do gotowania, podróżowania; miejsce, gdzie będzie można zjeść szybki, ale co bardzo ważne, zdrowy posiłek. Zauważyłam, że mało jest takich adresów na rynku, a klasyczne fast foody mają złą sławę.

Czy nazwa ściśle wiąże się z menu konceptu?

5 składników wzięło się stąd, że bazujemy właśnie na pięciu głównych składnikach: łososiu, tuńczyku, krewetkach, kurczaku oraz opcji wege. Podajemy je na różne sposoby: rollsów sushi, parowanych przez nas bułek, zup czy cieszących się ogromnym powodzeniem mis (bowli) na ciepłym ryżu. Menu jest proste, ale składowe dań można dowolnie zmieniać i dopasowywać do swoich upodobań.

Takie składniki wymagają dobrego źródła. Na czym bazujecie?

Mamy zaufanych dostawców, z którymi współpracujemy od lat – jeśli chodzi o produkty podstawowe. Są to ludzie, którzy specjalizują się w dostawie ryb, kurczaka i produktów azjatyckich. Ten ostatni to specyficzny dział i nie każda hurtownia je oferuje.

Mówi Pani, że 5 składników to inny fast food, dlaczego?

Mamy kilka podstawowych zasad, którymi się kierujemy: „Gotujemy po azjatycku, karmimy zdrowo i szybko, dzielimy się przepisami”. Kuchnia jest inspirowana głównie Azją i moimi podróżami. Nasze dania są gotowe w pięć, maksymalnie 10 minut. Mimo szybkiego charakteru kuchni, nie korzystamy z gotowych sosów, marynat czy sałatek – wszystko robimy sami.
To co na pewno nas wyróżnia to dzielenie się przepisami z naszymi gośćmi.

Czy nie obawia się Pani, że goście mogą nie wrócić, mając przepis w ręku?

Paru gości dopytywało, jak przyrządzamy nasze dania i to stało się inspiracją do dzielenia. Prowadzimy otwartą komunikację. Nie mamy nic do ukrycia przez naszymi gośćmi. Mogą oni dowiedzieć się, na jakich produktach pracujemy i jak przygotowujemy nasze dania. Jeżeli komuś zasmakuje nasze jedzenie, może spróbować odtworzyć to danie w domu. Sama osobiście wysyłam przepisy do naszych gości.
Taka otwarta komunikacja zaczyna działać w dwie strony. Nasz gość podzielił się z nami przetestowaną recepturą na kimchi i wprowadziliśmy to do menu. Nie boję się, że gość do nas nie wróci. Teoretycznie w dobie internetu, można znaleźć każdy przepis na pizzę czy sushi i przygotować danie w domu, a jednak lokale gastronomiczne nadal mają się dobrze. Jedzenie na mieście to forma spędzania czasu – bardziej chodzi o miejsce, atmosferę, obsługę. Lokali serwujących kuchnię z całego świata jest wiele, a jednak wraca się tylko do kilku z nich.

Punkty 5 składników są małe. Rozważa Pani rozwój w kierunku większych restauracji?

Na tę chwilę mam dwa lokale. Głównym jest ten na Chmielnej z dziesięcioma miejscami siedzącymi, a drugi przy ul. Narbutta na Mokotowie.
Nie zakładam rozwoju w kierunku dużych restauracji, a raczej zbudowania małych, powtarzalnych lokali. Plusem naszego menu jest to, że część dań (rollsy czy misy) można jeść na zim¬no, więc sporo gości wpada do nas po lunch i zabiera go ze sobą, zatem większe lokale nie są niezbędne…

Rozmawiała Milena Kaszuba-Janus

Cały wywiad publikujemy w:
NOWOŚCI GASTRONOMICZNE – LUTY – MARZEC 2019
> kliknij, aby się zapoznać się z pełnym wydaniem <

© BROG B2B Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością sp.k. Dalsze rozpowszechnianie powyższego materiału jest zabronione.