Właścicielka Charlotte: Chcemy, by każdy miał nasze lokale po drodze

Udostępnij nas na:
[SPECJALNIE DLA NAS] Pierwsza Charlotte powstała przy placu Zbawiciela w Warszawie w 2009 r. Później przyszedł czas na kolejne miasta: Kraków i Wrocław. Dziś zespół przygotowuje się do otwarcia piątego punktu marki, a trzeciego zlokalizowanego w stolicy. W rozmowie z nami, Justyna Kosmala, współwłaścicielka Charlotte, opowiada o nowej odsłonie lokalu, którego otwarcie zaplanowano na koniec września.
Nowością w Waszym kolejnym punkcie będzie karta z ciepłymi daniami. Dlaczego
zdecydowałaś się na taki krok?

Charlotte jest mała siecią. Zależy mi na tym, aby każdy lokal był trochę inny. Oczywiście pewne stałe elementy zachowujemy. Chcę, aby goście, idąc do Charlotte wiedzieli, co zastaną, zarówno w kwestii wystroju, jak i jedzenia. Zawsze jest chleb i wino jako podstawa, ale potrzebny jest element zaskoczenia, niespodzianki. Skoro robimy trzeci lokal w mieście, to chyba dobrze, jeśli się czymś różni od już istniejących. No i jest wybór. Gość raz może iść do Menory, bo tam są bajgle i kilka tradycyjnych, żydowskich dań. Plac Zbawiciela jest zdecydowanie bardziej młodzieżowy i tam oczekuje się innej atmosfery. Teraz powstaje Charlotte Bouillon, w dawnym Domu Partii, między placem Trzech Krzyży a rondem de Gaulle’a, od strony Nowego Światu. Zamierzamy tam zaprosić gości pod koniec września. To będzie znana wszystkim Charlotte i gdy przekroczy się jej próg, okaże się znajoma, ale dodajemy nowe elementy, jednym z nich jest ciepła kuchnia. Będzie pięć, sześć tradycyjnych francuskich dań. Goście nie raz nas o to pytali. To jest duża zmiana.

Druga część nazwy to Bouillon – jaka jest jej historia, w jaki sposób będzie wiązała się z nowym lokalem?

Bouillon to po francusku bulion. Zawsze staram się szperać w gastronomicznej historii Francji i się nią inspirować. To jest typ restauracji, tak jak bistro czy brasserie. Niektóre koncepty są bardziej znane, inne mniej. Bouillon było bardzo popularne we Francji na przełomie XIX i XX wieku. Widzę, że teraz jest powrót do tej koncepcji, bardzo nam bliskiej. Bouillon miało być po prostu jadłodajnią z dobrej jakości jedzeniem w przystępnych cenach, zaaranżowaną w miłej przestrzeni. To nie fast czy street food, ale też daleko mu do eleganckiej restauracji z białym obrusem i wyszukanymi, drogimi daniami. Gdy otwieraliśmy Charlotte, właśnie o to nam chodziło. By zapewnić wysoką jakość prostego jedzenia w przyjemnym wnętrzu z obsługą. O takim koncepcie myślałam 10 lat temu, zakładając pierwszą Charlotte, jednak poszliśmy w kierunku kawiarni z piekarnią. Cieszę się, że realizujemy teraz taki właśnie projekt.

To będzie pierwszy lokal, w którym większy nacisk kładziecie na gastronomię. Kto
pracuje nad menu?

Charlotte to dziś spory zespół, moja wspólniczka, nasi partnerzy, mała centrala, menadżerowie. Działamy razem. Wymyślamy wspólnie. Sporo podróżujemy, śledzimy trendy i wybieramy to, co wydaje nam się, że możemy przełożyć na polski rynek.

Fot. Urszula Kuźnik
Czytałam, że gdy pracowałaś nad pierwszym lokalem, jakaś znajoma, która przechodziła obok placu Zbawiciela, zadzwoniła do Ciebie z pytaniem, czy czasami nie planujesz otwarcia kawiarni, bo w aranżacji widać Twoje mieszkanie. Ile w wystroju jest Ciebie?

Bardzo dużo. Tak to jest, gdy wszystko robi się bez pomocy dużego biura projektowego (śmiech). Dzięki temu czasem wyjdzie coś mniej katalogowego, jednak w kontekście Charlotte jest to zdecydowanie plus. Wiadomo, że dziś to wszystko wygląda inaczej niż przy pierwszym lokalu. W piekarni na placu Zbawiciela, na ladzie znajdowała się moja porcelana, zastawa, która była prezentem ślubnym. Cały czas bardzo blisko pracujemy z architektem Maćkiem Dutkiewiczem, który zna Charlotte od poszewki, bo był z nami od początku. Nowy lokal znajduje się w zabytku, więc był bardzo wymagający. Dlatego skorzystaliśmy z pomocy pracowni A+D. Ostatnie elementy są zawsze bardzo „nasze”, bo wyszukujemy na targach detali w stylu vintage. Czasem to małe elementy, ale dające poczucie oryginalności.

Wasze śniadania cieszą się dużą popularnością. Czy Polacy są już gotowi na jedzenie tego posiłku poza domem?

Cały czas widzę, że mamy z tym problem. Lunche przyjęły się super. Na świecie nie je się
śniadań w domu. W Polsce nadal zdecydowanie częściej króluje szybko przygotowana
kanapka lub jogurt. Niby jeszcze nie weszło to Polakom w krew, a my jesteśmy
zdecydowanie najbardziej popularni właśnie w godzinach porannych. Może dlatego, że
stwarzamy domową atmosferę? Nasza konfitura i czekolada są przygotowywane przez nas.

Gość ma się poczuć jak w domu, nie w hotelu. Stąd też pomysł na…

Rozmawiała Milena Kaszuba-Janus
Cały wywiad publikujemy w:
NOWOŚCI GASTRONOMICZNE – SIERPIEŃ-WRZESIEŃ 2019
> kliknij, aby się zapoznać się z pełnym wydaniem <

© BROG B2B Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością sp.k.
Dalsze rozpowszechnianie powyższego materiału jest zabronione.