Weranda to rodzinny biznes. Jakie są wady i zalety prowadzenia firmy z ramach takiej struktury?
W naszym przypadku doszukuję się samych zalet. Zapewne nie każda rodzina potrafi ze sobą tak współpracować, jak nasza. Jestem drugim pokoleniem zajmującym się branżą HoReCa (siecią restauracji i obecnie hotelem). Żyjemy bardzo blisko siebie, jesteśmy przykładem rodziny, która pielęgnuje wartości, zaczynając od wychowania, które zostało w nas wszczepione, po utrzymanie relacji w dojrzałym wieku. Spotykamy się regularnie. Wspólnie z rodzeństwem, mamy doskonały kontakt z rodzicami, co później przekłada się na biznes. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której nie ma dobrych relacji w domu, a sprawdza się to w biznesie. Jedno wyklucza drugie. Dosyć gładko przejąłem ten biznes, ale nie jest też tak, że rodziców w tym nie ma, a ja wziąłem na siebie wszystko. Podzieliliśmy się obowiązkami, tłumaczę to tak, że oni tworzą radę nadzorczą, a ja zarząd (śmiech). Wszystko rozwijamy wspólnie, chociaż rodzice zaangażowali się teraz w projekt hotelowy, tata od strony budowlanej, mama wykończenia wnętrz, ja operacyjnej. W restauracjach też pojawiamy się wszyscy. Nie ma jednak obowiązku bywania w nich codziennie. Rodzice chętnie je odwiedzają, gdy mają na to ochotę oraz pielęgnują pewne aspekty: wizualne czy dekoracyjne. Udaje nam się dobrze współpracować, potrafimy też wspólnie rozwiązywać konflikty, a co najważniejsze rozwijać naszą werandową rodzinę.
Czy firma, już na poziomie koncepcyjnym miała być Werandą Family?
Chyba tak po prostu wyszło, że prowadzimy firmę rodzinnie. Odbyło się to bez szczególnego planowania. Rodzice zajmowali się czymś innym, jednak mieli możliwość odbywania licznych podróży. Korzystali z niej i jeździli dużo po świecie. Mama bardzo ceniła sobie spędzanie czasu w dobrej atmosferze. To właśnie jest wpisane w DNA Werand – pierwiastek, który trudno zaprojektować, a jest on bardzo istotny – atmosfera. Gdy ktoś pyta mnie o sukces naszych lokali, odpowiadam, że powstał w oparciu właśnie o nastrój, który panuje w Werandach. To są miejsca, do których ludzie zarówno chętnie przychodzą, jak i chętnie do nich wracają, ponieważ miło spędzają czas. To był też powód, dla którego mama otworzyła restaurację w Poznaniu – chciała mieć blisko siebie miejsce, które przynosi jej satysfakcję. Po podróżach wracała z takim wnioskiem: dlaczego nie zrobić, takiego miejsca w Poznaniu? To były czasy, gdy gastronomia nie była aż tak rozwinięta, jak jest dzisiaj. Mamie udało się stworzyć niespotykany i trudny do skopiowania koncept, dość wyjątkowy, ze względu na zmieniające się dekoracje, sposób podawania dań i to przełożyło się na to, że ta idea przetrwała. Mija 17 lat od otwarcia pierwszej Werandy i 16 od drugiej, a nadal cieszą się popularnością i uznaniem. Nie jest też łatwo zarezerwować stolik na weekend. To w dużym stopniu pokazuje, że koncept się sprawdził.
Powiedział Pan, że duży nacisk kładziecie na wartości, które wynieśliście z domu. Czy goście zwracają na to uwagę?
Chyba nie wszyscy zdają sobie sprawę, że to jest nadal firma rodzinna, bo troszkę się rozrośliśmy. Gdy mieliśmy dwie restauracje i rodzice bywali w nich cały czas, to z pewnością było to bardziej widoczne. Teraz jest to utrudnione z racji skali, ale myślę, że wiele osób łączy poszczególne Werandy z naszym nazwiskiem i ta świadomość wzrasta.
Ktoś z młodszego pokolenia musiał przejąć zarządzanie firmą. Pan zdecydował się już w czasie studiów zdobywać doświadczenie w firmie, która zarządzała siecią restauracji. Planował Pan wzięcie Werandy pod swoje skrzydła?
Moje studia wymagały ode mnie odbycia praktyk i udało mi się je zdobyć w firmie, która zarządzała kilkoma restauracjami i klubami. Mimo że nie pracowałem tam długo, to nauczyłem się innego spojrzenia na biznes. Dowiedziałem się, jak zarządzać siecią restauracji. To pomogło mi w aspekcie marketingowym, wpłynęło na budowanie struktury i odpowiednie poukładanie biznesu w taki sposób, by z jednej czy dwóch restauracji zrobić sieć. Nigdy nie byłem zmuszony do przejęcia biznesu (śmiech). Moja droga zawodowa i ścieżka kariery sportowej wiodły przez okres studiowania, później miałem własną firmę, oferującą produktu sportowe. Jednak ja dobrze czuję się będąc restauratorem. W czasie studiów wiedziałem, że będę chciał wrócić i rozwijać rodzinny koncept. Czuję wielką miłość i sympatię do swoich rodziców, więc wiem, że zrobiłem dobrze. To jest na tyle ciężki biznes, że należy im się odpoczynek, po tylu latach pracy. A rynek restauracyjny wymaga, by ktoś z właścicieli był cały czas na miejscu i dopilnowywał wszystkiego.
Przejął Pan większość obowiązków, ale rodzice nadal są zaangażowani w biznes. Jak dzielicie się obowiązkami?
Dołączyłem do firmy pięć lat temu, po moim powrocie z Nowego Jorku. Wcześniej wszyscy wspieraliśmy się i nawzajem sobie pomagaliśmy, jednak bardziej w dorywczy sposób. Gdy wróciłem do Polski, zacząłem zajmować się marketingiem, rebrandingiem. Stworzyłem też stronę internetową, kanały social media – wtedy to wszystko zaczynało dopiero raczkować. Z działu marketingu wszedłem w zarządzający rozwijający nowe koncepty, tym samym rola rodziców umniejszała się. Widzieli, że sobie radzę i nie musieli już operacyjnie zarządzać tą siecią. Obecnie tata jest wyłączony z kwestii restauracji, ponieważ skupił się na nowym koncepcie, jakim jest Weranda Home, a w przyszłości hotel. Mama natomiast pełni rolę dyrektora artystycznego, chociaż nie jest to oficjalne stanowisko.
Cały wywiad publikujemy w:
