Andrzej Dowgiałło o początkach, pasji i błędach

Udostępnij artykuł

Zacznijmy od historii miejsca, w którym się znajdujemy i lat 90-tych. Ciekawią mnie okoliczności za sprawą, których stał się Pan właścicielem posiadłości w Starych Jabłonkach oraz czy od początku stawiał Pan tu na czterogwiazdowy hotel?
W tamtym czasie prowadziliśmy biuro turystyczne oraz kilka małych obiektów gastronomicznych. W związku z tą działalnością, posiadaliśmy szeroką bazę kontaktów. Uważaliśmy, że warto ją wykorzystać i nie szukać już pośredników, np. przy okazji kwaterowania niemieckich turystów. Intensywnie rozglądaliśmy się za odpowiednią lokalizacją, w której miałby powstać obiekt hotelarski. Zależało nam na tym, aby mógł on skutecznie konkurować z działającymi wówczas w okolicy obiektami, o wysokim standardzie, czyli hotelem Novotel i Mrągowia. W tamtym okresie na Mazurach było sporo miejsc na sprzedaż, dlatego też mieliśmy w czym wybierać. Zdecydowaliśmy na nieruchomość w Starych Jabłonkach, ze względu na tradycję tego miejsca. Wcześniej przez kilka lat działał tu ośrodek wypoczynkowy, a w okresie międzywojennym pełnił funkcję rekreacyjno-sanatoryjną. Także samorząd, który był wówczas właścicielem obiektu, wykazał duże zaangażowanie przy naszej transakcji. Przez długi czas nie było innego nabywcy, a więc, gdy pojawiła się nasza spółka zainteresowana zakupem, władze bardzo pomagały, aby doprowadzić do finalizacji sprzedaży. Przyczyniono się m.in. do tego, że przyznano nam kredyt, z funkcjonującego wówczas Banku Turystyki. Było to pierwsze w naszej karierze uzyskane finansowanie. Oprocentowanie kredytu wynosiło aż 46 proc.! Do dziś to wspominam. Pamiętam, jak znajomi śmiali się, że będą przynosić mi paczki do więzienia, ponieważ uważali, że jest to nie do spłacenia. Ja też się tego bałem, ale miałem przeczucie i sporo szczęścia. Ówczesna sytuacja gospodarcza nam sprzyjała: koniunktura rynku była duża, Niemcy opłacali pobyt niemalże z rocznym wyprzedzeniem. To oraz inne przemiany ekonomiczne sprawiły, że cały kredyt spłaciliśmy w ciągu trzech lat. Okazało się zatem, że nasza mocno ryzykowna decyzja absolutnie wyszła nam na dobre. Dzięki tak  dobremu startowi, udało nam się później, na przestrzeni 25 lat, zrealizować kilka etapów rozbudowy obiektu. Ostatni miał miejsce w 2009 roku. Na tym jednak nie kończymy.

Po Andersie wszedł Pan w posiadanie kolejnych obiektów „z duszą”. Bajkowy Zakątek, Karczma Warmińska, no i Zamek Ryn – bardzo istotna i duża inwestycja…
Tak, Zamek Ryn uruchomiliśmy już 11 lat temu. Proces przygotowania tej inwestycji trwał bardzo długo, bo aż cztery lata. Był to bardzo trudny projekt, szczególnie ze względu na historyczny charakter miejsca i wielkość obiektu. Niestety w tym przypadku, w realizacji z samorządem już nie było tak kolorowo, jak przy Andersie. Mimo tego, że pomogliśmy władzom. Tak naprawdę byliśmy deską ratunkową dla kilkunastu instytucji, które prowadziły działalność w Zamku i którym walił się dach na głowę. Specjalnie dla nich wybudowaliśmy nowy obiekt, do którego się przeprowadzili. Dopiero wówczas mogliśmy zacząć realizować inwestycję. Wtedy nie było jeszcze dodatkowego wsparcia finansowego z Unii, dlatego też całość musieliśmy zrealizować na bazie kredytu oraz własnych środków. Tak jak wspomniałem, ten projekt rodził się w bólach i naprawdę mogliśmy kilka razy się poddać. Jednak Ryn był dla mnie miejscem wyjątkowym, ponieważ właśnie tu się urodziłem. Wychowałem się u podnóża zamku, który od zawsze mnie przyciągał w jakiś magiczny sposób. Przy inwestycji te wspomnienia dawały mi siłę pozwalając wytrwać w dążeniu do celu.

Następny był Zamek Krasicki…
Tak, to była konsekwencja naszych działań. Jak się na nie spojrzy, to widać, że co pięć lat uruchamiamy jakiś nowy projekt. Krasickiego realizowaliśmy już na bazie naszej wiedzy i doświadczeń, dlatego było nieco łatwiej niż przy Zamku Ryn. Udało nam się całkowicie wykorzystać potencjał tego miejsca, zachować szacunek do historii. Światowa nagroda International Best Hotel Awards, którą otrzymaliśmy w 2012 roku za design i architekturę, jest potwierdzeniem, że osiągnęliśmy bardzo wysoki poziom. Po projekcie w Rynie i Lidzbarku możemy powiedzieć, że jesteśmy ekspertami przy adaptowaniu zabytkowych obiektów na miejsca noclegowe. Nauczyliśmy się jak postępować z takimi budynkami, jak rozmawiać z konserwatorami, kompletować dokumenty itp. Tych, którym wydaje się, że to prosta sprawa, przestrzegam. To wyjątkowo trudne i skomplikowane przedsięwzięcia. Gdy inwestor dokładnie nie wie, z czym się mierzy, wtedy naprawdę może źle się to skończyć.

Przyglądając się całemu portfolio Grupy wyraźnie widać Pana pasje do historii i natury…
Od zawsze interesowałem się i zachwycałem miejscami z przeszłością, z duszą. Na terenie Warmii i Mazur znajduje się wiele takich magicznych miejsc, opartych również na historii regionu. Uważam, że do takich obiektów, które oczywiście są zrealizowane z dbałością o historię, naturę i szczegóły łatwej jest przekonać i przyciągnąć gości. Oferuje się bowiem coś więcej niż sam budynek z infrastrukturą.

Czy Grupa Anders planuje kolejne inwestycje? Które lokalizacje aktualnie Pana interesują?
Bez planów i marzeń trudno żyć, a więc są w mojej głowie praktycznie cały czas. Właśnie prowadzimy prace nad dużym projektem. Jednak jest on na wstępnym etapie i jeszcze nie mogę nic więcej zdradzić. Także z tego względu, że finalnie może niewiele z tego wyjść. Jest to jak dotychczas nasze największe i najbardziej skomplikowane przedsięwzięcie. Związane ze środkami unijnymi przy dużym wkładzie własnym. Istnieje jednak wiele czynników, często niezależnych od nas, które na to wpływają i zdecydują czy realizacja zakończy się sukcesem, czy tym razem będziemy rzeczywiście musieli odpuścić. Jak się nie uda, to z pewnością zajmiemy się innym projektem. Na Warmii i Mazurach jest jeszcze wiele obiektów funkcjonujących bez przeznaczenia, które można byłoby uratować.

Czy myśli Pan czasem o inwestycjach poza Warmią i Mazurami? Tak naprawdę nigdy mnie to nie interesowało, chociaż były głosy i pytania dlaczego nie rozwijam działalności na terenie całego
kraju. Jestem jednak regionalistą (moja żona mówi, że za tradycyjnym) i lubię czuć to, co robię. Może za kilkanaście lat moi wnukowie przejmą działalność i będą rozwijać to, co zacząłem. Również w całej Polsce, a może i na świecie. Jednak teraz chcę skupiać się wyłącznie na regionie dobrze mi znanym. W naszej działalności każdą nieruchomość nabywamy sami i sami od początku realizujemy obiekt. Nie mamy żadnych działek, pozostałości, dawnych ośrodków, niczego nie otrzymaliśmy, nie odziedziczyliśmy. Nasz rozwój jest stopniowy, choć dzięki temu bardzo przejrzysty. Wszystko od początku robimy indywidualnie m.in. z tego powodu nie jesteśmy w stanie stworzyć jednocześnie kilku miejsc na raz. Musimy robić jedno po drugim. Jeden obiekt generuje finanse do stworzenia kolejnego i tak to się kręci.

Skąd czerpie Pan inspiracje? Opiera się Pan na wiedzy projektantów, czy w dużej mierze są to również Pana pomysły?
Od początku mieliśmy szczęście, ponieważ w sferze projektowej trafiliśmy na ludzi, którzy myśleli tak samo jak my. Mieli takie same przekonania w kwestii obiektów historycznych. Często jest tak, że mamy pomysł, jak coś powinno wyglądać, zaczynając od szczegółów kończąc na architekturze. Jednak to projektanci decydują finalnie, czy da się to zrealizować i w jakim zakresie. Przy każdym projekcie pracuje bardzo duży zespół. Przy okazji Rynu i Krasickiego np. stworzyliśmy radę programową, złożoną z profesorów i ekspertów, co miało pomóc w rzetelnym odtworzeniu historii tych miejsc. Zależy nam na tym, aby nie przekształcać obiektów, ale rekonstruować zachowane elementy zabytkowe i eksponować je.

Z jakimi trudnościami najczęściej spotyka się inwestor w zderzeniu z polską rzeczywistością urzędową, administracyjną czy ustawową?
O tym można by książkę napisać (śmiech). Przejście przez administrację, szczególnie przy obiektach historycznych, jest ogromnym wyzwaniem. Pamiętam, jak przy inwestycji w Rynie konserwator zabytków powiedział, że prędzej mu kaktus na dłoni wyrośnie, niż my to zrobimy. Mieliśmy zupełnie inny pogląd na renowację tego miejsca. Trudno było, jak oczekiwał tego konserwator, skupić się na elementach związanych jedynie z XIV wiekiem. Dlaczego one miałby być istotniejsze od historii obiektu z kolejnych lat? Między innymi na tym tle toczyliśmy potyczki. W moim przekonaniu konserwatorzy często boją się ryzykować i podejmować decyzje związane z zabytkowymi miejscami. Ci, z którymi od zawsze toczę bój, uważają, że przeznaczenie obiektów zabytkowych na cele hotelarskie jest swego rodzaju barbarzyństwem. Ja oczywiście myślę inaczej. Według mnie, zdecydowanie lepiej jest rekonstruować budynki, adaptować je choćby na funkcję noclegową, niż pozwolić, aby całkowicie niszczały i znikały. Idąc dalej, mamy prawo budowlane, które od dłuższego czasu nie było modyfikowane, przez co my inwestorzy spotykamy na swojej drodze mnóstwo przeszkód. Liczba instytucji, od których zależą decyzję i dokumentów, które musimy składać, potrafi przyprawić o zawrót głowy. Odnośnie samorządów to bywa różnie. Nasza spółka inwestowała w 10 rożnych gminach. Tak jak przy okazji Andersa, współpraca układała się bardzo dobrze, to przy innych już niekoniecznie. Na szczęście to się zmienia z korzyścią dla nas. Władze zaczęły już dostrzegać profity wynikające z inwestycji w ich regionie.

Co Pana najbardziej motywuje?
Jestem osobą bardzo upartą i niełatwo się poddaję. Oczywiście wątpliwości czasem się pojawiają, ale mnie wyzwania motywują do jeszcze cięższej pracy. Gdy ktoś staje mi na drodze, jeszcze bardziej mnie „nakręca” do działania.

Który błąd popełniony przy inwestycjach nauczył Pana najwięcej?
No niestety błędy się popełnia, a później trzeba się z nimi zmagać. Kiedyś przy jednej z inwestycji mocno kierowałem się emocjami i teraz już wiem, że powinienem postąpić inaczej. Mam na myśli Hotel Miłomłyn. Pojawiła się możliwość przejęcia tego miejsca. Perspektywa była taka, że jeśli go nie kupimy, to zostanie zamknięty. Ostatecznie zdecydowaliśmy się, bardziej kierując się tu uczuciami, niż rozsądkiem. Z perspektywy czasu widzimy, że nie był to dobry krok. To obiekt, który nie do końca wpisuje się w naszą strategię i nieco odstaje od innych w naszym portfolio. Wymaga dużych nakładów finansowych, natomiast nie spełnia oczekiwań co do przychodów. Ten błąd na pewno w jakiś sposób ograniczył nasz rozwój…

Cały wywiad publikujemy w:
ŚWIAT HOTELI
NAJBARDZIEJ PRAKTYCZNE I NOWOCZESNE CZASOPISMO HOTELARZY
!!! ZAWSZE BEZPŁATNY DOSTĘP DO PEŁNEGO WYDANIA !!!
 
link do aktualnego numeru: LIPIEC 2017