Elżbieta Lendo o wyzwaniach i sytuacji na rynku hotelowym

[TYLKO U NAS] Lockdown pozwolił jej na nowo, z bliska przyjrzeć się swojej organizacji. Wniknęła głębiej w struktury i relacje. Pierwszy raz miała okazję zatrzymać się, przeanalizować, zdiagnozować i raz jeszcze wszystko uporządkować, aby po chwili działać ze zdwojoną siłą i energią. W kryzysie mimo wszystko dostrzega pozytywy wierząc, że był potrzebny. Elżbieta Lendo, prezes zarządu Grupy Lendo Hotels, to kobieta z „młotkiem w torebce”, pani prezes odreagowująca stres w dość oryginalny sposób. W relacjach z partnerami otwarta i konkretna. Podczas rozmowy z nami opowiedziała m.in. o tym jak postrzega rozwój sytuacji na rynku, przyszłość branży, co stanowi największe wyzwanie oraz dlaczego warto wierzyć, że po każdej burzy przyjdzie słońce.

Jak Pani nastrój?

Już chyba dobrze. Z zasady jestem optymistką i zawsze widzę cel, do którego trzeba dążyć. Nawet niewielki element, obszar. Trzeba się czegoś „uczepić”, aby mieć pretekst. I podchodzić do tego z humorem, dobrym nastrojem. Tak jest po prostu łatwiej. Mogę oczywiście być wściekła czy tez złościć się za to, czego nie mam czy co poszło nie tak albo zwyczajnie być wdzięczna za to co mam. Wybieram to drugie… szkoda czasu i atencji na bycie niezadowolonym.

Kieruję się zasadą, że gdy widzę człowieka bez uśmiechu, oddaję mu swój. I ona działa. W biznesie, w momencie rozwiązywania trudnych sytuacji również. Zdaję sobie sprawę, że w pierwszych miesiącach pandemii w Polsce, w marcu i kwietniu, nikomu nie było do śmiechu, jednak to pozytywne nastawienie i szukanie korzystnego wyjścia, było chyba najbardziej pożądane.

Czy mijający sezon utrzymał to pozytywne nastawienie?

Muszę przyznać, że rok 2020 zaczął się bardzo dobrze. Miesiące styczeń i luty we wszystkich naszych obiektach dały bardzo wysokie wyniki. Nawet były lepsze niż rok wcześniej. Marzec ściągnął nas na ziemię. Najgorsza była niewiedza. Odnotowaliśmy, że w ciągu zaledwie jednego weekendu, 80 proc. rezerwacji na kwiecień i maj zostało odwołanych. Zrozumieliśmy, że w pewnym momencie biznes zupełnie stanie. Byłam jedną z pierwszych wśród przedsiębiorców na Warmii i Mazurach, która podjęła decyzję o wstrzymaniu działalności operacyjnej 12 i 13 marca. Wiedziałam, że muszę wszystko wstrzymać, a później się Zastanowić, jak na nowo ułożyć. W ogóle nie brałam pod uwagę założenia, że to nie będzie działało. Nie wiedziałam tylko jak i kiedy. Więc zabrałam się za układanie. Nie było łatwo. Pojawiły się problemy pracownicze, musiałam na nowo przyjrzeć się kosztom. Okazało się, że wiele decyzji już dawno powinno być podjętych, a w obliczu kryzysu można było przyjrzeć się im z nieco z innej perspektywy. Złotą receptą było rozpoznanie i rozpoczęcie od podstaw. Uporządkowanie wszystkiego na nowo. Uważam, że nie ma złych decyzji. Tylko ich konsekwencje mogą być lepsze lub mniej lepsze. Myślę, że wielu z nas musiało zmierzyć się z wyzwaniami, na które nie byliśmy przygotowani. Z tyłu głowy jednak zawsze pojawia się potrzeba ratowania firmy, ale nie jako biznesu, tylko grupy ludzi, którzy się na nią składają. Wyszłam z założenia, że muszę robić to, co mogę w miejscu, jakim dzisiaj jestem i z tym co mam. Po prostu.

Zakładam zatem, że dostrzegła Pani też jakieś pozytywy tego kryzysu…

Tak, czasami przeszkody należy traktować jako okazje. Osobiście w całej tej sytuacji upatruje wielu pozytywnych rzeczy. Uważam, że w tym trudnym czasie poznałam swoją firmę, a także ludzi, którzy ją tworzą. Na to wszystko nie było wcześniej czasu, bo trudno było nam się w tym pędzie zatrzymać i wszystkiemu przyjrzeć. Okazało się, że w moim zespole są osoby, które po zmianie struktur organizacyjnych dostały skrzydeł. Wcześniej nie były dostatecznie dostrzeżone lub pracowały w dziale, który nie do końca dawał im możliwości samorozwoju.

Jakie wyzwania, poza strukturami personalnymi, stanęły jeszcze przed Panią?

Moją rolą było – w momencie braku przychodów – ograniczyć koszty i przetrwać. A okazało się, że przysłowiowa ściana znajdowała się praktycznie z każdej strony. Chociażby od banków. Nigdy nie posiadałam kredytu. Gdy jednak w tamtym czasie chciałam uzyskać bardzo nieduże wsparcie w kwocie 500 tys. zł, przy milionowych przychodach w latach poprzednich, powiedziano, że branża hotelarska jest tą najbardziej zagrożoną i nie ma szans. Mimo, że już 25 lat prowadzę ten biznes.
Trzeba było także zweryfikować wiele pozostałych obszarów – współpracowników, kontrahentów, samych siebie i nasze podejście. Już tak mniej optymistycznie, to uważam, że dopiero przebrnęliśmy przez pierwszy etap. Prawdziwy kryzys dopiero nas czeka. To jak wykorzystaliśmy czas, który minął, pokaże to jak sobie poradzimy już niebawem. Czy zostaniemy wszyscy? Myślę, że nie.

RYNEK DOSTAWCÓW HORECA W POLSCE – RAPORT 2020
>> kliknij, aby się zapoznać się z pełnym wydaniem <<

Kto w takim razie ma szanse przetrwać?

Po pierwsze Ci, którzy będą podchodzić do sprawy spokojnie i ze zdrowym rozsądkiem, który według mnie jest dziś każdemu potrzebny. Po drugie – nie spanikują, a po trzecie, bardzo umiejętnie będą zarządzać kosztami. Tu nie będzie miejsca już na żadne odchylenia. Każdy najmniejszy błąd będzie skutkował poważnymi konsekwencjami. Muszę podkreślić tu raz jeszcze rozsądek i to, że nie można poddać się panice. Należy z ostrożnością korzystać z pomocy finansowych, bo kiedyś trzeba będzie je zwrócić, czy spłacić. Czasem warto zrobić krok w tył, np. ograniczając pewne działalności. To jest wyjście, żeby przetrwać. Uważam, że za dwa-trzy lata będziemy mieli znowu zwyżkę i swoje kolejne pięć minut jako branża.

Jest Pani od lat związana nie tylko z branżą hotelarską, ale i finansami. Jak więc ocenia Pani ten obszar w odniesieniu do działalności obiektów z Grupy Lendo Hotels? Co mówią liczby?

Stan finansów w branży hotelarskiej jest bardzo niepokojący. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że w ostatnim czasie powstało gro inwestycji, które zostały niedoszacowane, zakredytowane w dużym procencie, a te w systemie condo zbudowane na dużej stopie zwrotu, co jest bardzo niebezpieczne. Dalsza perspektywa rozwoju rynku inwestycyjnego będzie zależała od dojrzałości jego uczestników. Patrząc na swoje podwórko, muszę przyznać, że był taki moment na początku kryzysu, że bardzo żałowałam, że nie mam kredytu. Teraz z perspektywy czasu wiem, że taka sytuacja mnie uratowała. Ogólnie u nas nie jest źle. Rok 2019 zakończył się bardzo dobrze. Obecny wiadomo, że ma wyrwę, ale dzięki temu, że mam hotele wypoczynkowe mogliśmy nieco odbić się w wakacje. Sierpień był bardzo dobry i to nas cieszy, ale wiem, że jeden miesiąc nie odrobi trzech, w których działalność była zawieszona. Bardzo niepokojące są zachowania gości w odniesieniu do rezerwacji w okresie jesienno-zimowym i na wiosnę 2021. Rzeczywiście widać panikę medialną i społeczną, która powoduje, że goście boją się i ostrożnie podchodzą do planów.

Czy na tym etapie można mówić o jakichkolwiek pozytywach?

Funkcjonuję, a więc się cieszę. 80 proc. załogi zostało. Działamy w pełnym wymiarze, myślimy o kolejnych inwestycjach. To chyba dobrze… Wiem, że tak nie jest wszędzie, dlatego bardzo ważnym elementem jest komunikacja i wsparcie wzajemne. Pokazywanie, że działamy, radzimy sobie i czekamy na naszych gości. Przede wszystkim, że jest u nas bezpiecznie, że przestrzegamy reżimu sanitarnego. Pandemia z dnia na dzień się nie skończy. Będzie z nami jeszcze długo i musimy się z tym pogodzić i jednocześnie dostosować.

Rozmawiała Karolina Stępniak

Całą rozmowę publikujemy w:

ŚWIAT HOTELI wrzesień-październik 2020
>> kliknij, aby się zapoznać się z pełnym wydaniem <<

© BROG B2B Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością sp.k.
Dalsze rozpowszechnianie powyższego materiału jest zabronione.