Właścicielki Batidy o rozwoju i planach

Udostępnij artykuł

M.in. o wprowadzaniu innowacyjnego konceptu tuż po upadku PRL-u, rozwoju marki na przestrzeni lat oraz różnicach pokoleniowych, dzięki którym trafiają w gusta kilku generacji opowiedziały nam Jadwiga, Jolanta i Caroline Radziszewskie.

Aktualnie pieczę nad firmą sprawują Panie wspólnie. Pani Jadwigo, w którym momencie córka postanowiła, że będzie kontynuowała rodzinną tradycję? Czy była to naturalna decyzja?

Jadwiga Radziszewska: Jolanta przez wiele lat mieszkała w Brukseli. Razem z mężem Zygmuntem często ją odwiedzaliśmy, to w końcu nasze jedyne dziecko. Podczas tych wyjazdów delektowaliśmy się croissantami i przeróżnymi ciasteczkami. U nas takie przysmaki nie były jeszcze wtedy dostępne. Pewnego dnia mąż powiedział do mnie: „Dlaczego Polacy mieliby nie jeść takich pyszności?”. Wtedy pomyśleliśmy, że może warto byłoby wprowadzić w życie taki pomysł. I tak powstała idea stworzenia cukierni w Polsce. Po powrocie do kraju znalazłam odpowiedni lokal i przy ulicy Nowogrodzkiej otworzyliśmy pierwszą cukiernię z piekarnią. Był rok 1990. W dużym oknie ustawiliśmy piece, tak aby przechodnie mogli obserwować proces produkcji. To był strzał w dziesiątkę. Po nasze wyroby ustawiały się olbrzymie kolejki. Widok, a przede wszystkim zapach gorących bagietek i croissantów przyciągał tłumy. Nasz pomysł stworzenia cukierni połączonej z piekarnią okazał się innowacyjny. Stworzyliśmy takie pierwsze miejsce w Warszawie. Córka przyjeżdżała do nas raz w miesiącu wraz z belgijskim mistrzem cukiernictwa Jef Damme, który szkolił naszych pracowników. Do tej pory co jakiś czas nas odwiedza. Przez te wszystkie lata Jef bardzo polubił Polskę i aktualnie odwiedza nas już bardziej ze względu na wieloletnią przyjaźń. Z chęcią próbuje nowych smaków tworzonych przez zespół Batidy. Uprzednio mieliśmy z mężem doświadczenie w zarządzaniu biznesem, ponieważ od 1968 roku prowadziliśmy razem dużą pracownię tekstylną. Otwarcie cukierni z piekarnią to było zupełnie nowe wyzwanie na naszej drodze, jednakże muszę przyznać, że od początku postrzegaliśmy branżę cukierniczą za niezwykle wdzięczną i przyjemną. Chcieliśmy z mężem wprowadzić zupełnie nowy pomysł w życie i sprawić, aby Polacy mogli również delektować się tymi pysznościami, które w świadomości Belgów funkcjonowały już od wielu lat. Należę do osób, które lubią podejmować wyzwania. W momencie, w którym moi rówieśnicy myśleli już o zbliżającej się emeryturze, ja postanowiłam otworzyć nowy biznes. Nie lubię siedzieć w domu, dlatego też mimo swojego wieku – 9 maja kończę 88 lat – nadal jestem codziennie w pracy.

Wracając do naszej pierwszej lokalizacji, po kilku latach jej działalności zmarł mój mąż. To był przełomowy i trudny moment, ponieważ musiałyśmy podjąć decyzję, co zrobić z firmą. Wtedy córka postanowiła wrócić do Polski. Wiem, że nie była to dla niej łatwa decyzja, ponieważ wiązała się z całkowitą zmianą jej dotychczasowego życia.

Wspominała Pani, że jak na lata 90. koncept Batidy był niezwykle innowacyjny…

Jadwiga: Bardzo pozytywnie i entuzjastycznie nas odbierano. Jak już wcześniej wspomniałam, mieliśmy spory ruch i wielu znakomitych gości. Przygotowywane pod okiem belgijskiego mistrza desery, musy i pralinki podbiły serca mieszkańców Warszawy. Do naszych stałych bywalców należała ówczesna śmietanka towarzyska stolicy na czele z aktorami, reżyserami, architektami oraz prawnikami. Jednak dla nas każdy gość był tak samo ważny, zależało nam na stworzeniu przyjaznej i gościnnej atmosfery. I tak jest do dzisiaj, uśmiech i zadowolenie na twarzach naszych gości są dla nas najpiękniejszą nagrodą, która motywuje i inspiruje do podejmowania nowych działań.

Pani Jolanto, Pani Mama wspomniała, że o trudnej decyzji związanej z powrotem do Polski. Zakładam, że miała Pani inne plany niż przejęcie interesu rodziców…

Jolanta Radziszewska: Muszę przyznać, że rzeczywiście ta sytuacja wywróciła moje ówczesne życie do góry nogami. W Belgii mieszkałam już od 25 lat. Założyłam tam rodzinę, miałam swoje życie – przyjaciół, zajęcia i pracę. A tu nagle muszę wrócić do Warszawy i przejąć pałeczkę po ojcu. Dodam w tym miejscu, że w Brukseli prowadziłam restaurację Ravenstein, która znajdowała się w najstarszym budynku w mieście. Szczerze mówiąc, dużo czasu musiało upłynąć zanim poczułam się dobrze w Warszawie. Jednak mając silny charakter po ojcu, postanowiłam podjąć to wyzwanie…

Cały wywiad publikujemy w:

CZASOPISMO SWEETS & COFFEE
NAJBARDZIEJ PRAKTYCZNE I NOWOCZESNE CZASOPISMO BRANŻY
!!! ZAWSZE BEZPŁATNY DOSTĘP DO PEŁNEGO WYDANIA !!!
 link do aktualnego numeru: KWIECIEŃ-MAJ 2017