Marcin Szymfel: Będziemy mieli kryzys, ale kiedyś wrócimy na kurs

[SPECJALNIE DLA NAS] Najważniejsze jest zachowanie płynności w firmach oraz bezpieczeństwo pracy i utrzymania płac na niezmienionym poziomie przez okres epidemii. To jest kluczowe – podkreśla w rozmowie z nami Marcin Szymfel, dyrektor generalny dwóch nowo powstających w stolicy hoteli – Holiday Inn Express – The HUB oraz Crowne Plaza – The HUB.
Marcin Szymfel podczas XIV Forum Profit Hotel 2019
Czy wg Ciebie rząd zaproponował wystarczającą pomoc?

Nie, w szerokim ujęciu absolutnie nie, ale to nawet nie o to chodzi. Instrumenty pomocowe są fatalnie dobrane. Ja bym nic nie robił fiskalnie, a ten akcent położony na wydatki pomocowe, nawet tak skromne, jest zupełnie niepotrzebny i w większości wypadków nic nie zmieni. Firma, która straciła 100 proc. przychodów i tak się zamknie, i 40 proc. dopłaty do pensji tego nie zmieni. Zależy oczywiście od tego ile to potrwa. Mój przyjaciel ciekawie to ujął, cały ten plan, to tak jakbyśmy rzucili czepek człowiekowi, który w potężny szkwał wypadł z łódki i powiedzieli mu „Płyń!”… Będziemy mieli kryzys. To pewne. Trudno określić jego rozmiar, zależy od tego ile potrwa zamknięcie gospodarki. Rząd zachowuje się naprawdę dziwnie. Nie rozumie, że w wielu wypadkach spółki zarządzające nie mają majątku i zarządzanie jest oddzielone od majątku. Jeśli właściciel dojdzie do wniosku, że mu się nie opłaca, to zwolni wszystkich i złoży wniosek o upadłość spółki operacyjnej. Powstanie, jak się sytuacja ustabilizuje, ale w między czasie będą tragedie rodzinne i ekonomiczne. Nikt nie zna rozmiarów. Muszę przyznać myliłem się co do premiera Mateusza Morawieckiego. Jego decyzje moim zdaniem są błędne.

Apelowałem kilka tygodni temu, żeby zamiast impulsu wydatkowego uruchomić z bankiem centralnym kredyty obrotowe przez BGK i PKO BP, oraz przyjąć specustawę, która po pierwsze wyjęłaby te wydatki z bilansów, po drugie z obowiązku statutowego audytu. Stworzyłbym na to oddzielne księgi i procedury. Państwo mogłoby pod pewnymi kryteriami umarzać te kredyty w ciągu kolejnych 10 lat, kawałek po kawałku. Kredyty byłyby nieoprocentowane, a firmy dzięki nim nie musiałby zwalniać, płaciłyby ZUS itd. wiedząc, że zostaną umorzone wiedziałyby, że są bezpieczne. To samo z pracownikami. Partia rządząca słusznie od zawsze mówiła, że najważniejsze jest bezpieczeństwo obywateli. Widać trafiła ich amnezja. To się zdarza. Cały ten proces jest możliwy do przeprowadzenia, tylko osoby, które nie wiedzą i nie rozumieją jak działa system bankowy zadają pytania… jak to? Dodrukowywać? Banki centralne zawsze to robiły i robią. Pieniądz rezerwowy jest jakby pod zastaw rezerw, ale już od dawna nasz bank centralny nie skupuje walut na rynku i robi operacje gotówkowe. Uniknęliśmy krachu w 2008 głównie dzięki interwencji monetarnej. Wszystkie niespłacalnie aktywa (kredyty) przejęły banki centralne, a w zamian dały komercyjnym bankom gotówkę. Później z czasem poprzez operacje bankowe redukowały gotówkę w obiegu. Da się to zrobić. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby się umówić z przedsiębiorstwami na podniesienie na 10 lat podatku CIT i VAT np. o 2pp, właśnie, żeby spłacić te zobowiązania. Wystarczyłoby. To jest solidarna i odpowiedzialna polityka. Każdy by się na to zgodził.

Jakie były Twoje oczekiwania? Jakie rozwiązania realnie pomogłyby branży?

Najważniejsze jest zachowanie płynności w firmach oraz bezpieczeństwo pracy i utrzymania płac na niezmienionym poziomie przez okres epidemii. To jest kluczowe. Rząd poszedł na skróty, uważa że kilkadziesiąt miliardów załatwi sprawę. Nie załatwi. Gospodarka jest wyłączona, a to jest koszt w dwa miesiące ok. 90-120 mld utraconych dochodów, więc jak wpompujemy 20 czy 40 mld to to nic nie da. Ludzie potracą pracę, tak czy owak. Warto zwrócić uwagę na to, że już dzisiaj z nową projekcją PKB – 4 proc. rdr oznacza mniejsze dochody do budżetu w wysokości min. 90 mld zł, razem z NFZ i ZUS-em, się rozliczają poza budżetem. Za miesiąc będziemy lepiej wiedzieli ile firm będzie upadało. Niestety nie da się budować kolejnych tarcz, to jest walka z czasem. Rząd chce przejść przez to w miarę łagodnie fiskalnie. Nie da się. Będą cięcia inwestycji, a co najgorsze (to moja prywatna ocena) myślę, że rząd sięgnie po pieniądze z OFE. Nie bezpośrednio, ale przez ZUS. To oznacza koniec systemu emerytalnego, jaki znamy i całkowitą utratę zaufania do Państwa.

Dla naszej branży, która została wywłaszczona rozporządzeniem oczekuję odszkodowań w wysokości minimum poniesionych kosztów operacyjnych. Nie można zamykać biznesu ot tak, bez pakietu pomocowego. Przecież hotele zatrudniają ludzi, ponoszą bieżące koszty działalności, ktoś podjął decyzje o inwestycji, zaangażował swoje życiowe oszczędności. Kwestie kredytów pomijam. Załóżmy, że wiele da się refinansować, albo poprzekładać spłaty.

Jakie działania warto już teraz podjąć, aby po pandemii odczuć jak najmniejsze skutki?

Trzeba utrzymać miejsca pracy i zapewnić ludzi, że oni i ich rodziny są bezpieczni ekonomicznie. To powinien być koszt Państwa. Minister Jadwiga Emilewicz, która mówi, że nas na to nie stać, nie wie co mówi. Przecież strata bazy podatkowej przy takim działaniu to przynajmniej 300-400 mld złotych w ciągu trzech lat. Można było tego uniknąć…

Rozmawiała Karolina Stępniak

Cały wywiad publikujemy w:

ŚWIAT HOTELI: luty-marzec 2020
> kliknij, aby się zapoznać się z pełnym wydaniem <

© BROG B2B Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością sp.k.
Dalsze rozpowszechnianie powyższego materiału jest zabronione.