Marcin Krysiński, Mihiderka: Wegańskie nazwy – gdzie tkwi problem?

Udostępnij artykuł

[SPECJALNIE DLA NAS] Raz po raz wybucha medialna awantura dotycząca wybranych nazw produktów, które podobno są zarezerwowane wyłącznie dla tych odzwierzęcych. Na bazie tego założenia wskazuje się, że słowa te nie powinny, nie mogą być używane w kontekście produktów roślinnych (wegańskich), gdyż wówczas wprowadzają one klienta w błąd. Doszło nawet do tego, że jakiś czas temu tematem zajęła się Unia Europejska. Doprowadziła do wprowadzenia zakazu używania nazw: „mleko”, „śmietana”, „jogurt”, „masło” czy „ser” dla tzw. alternatyw roślinnych – pisze Marcin Krysiński, współwłaściciel Mihiderki.

Marcin Krysiński
Marcin Krysiński

Niedawno mieliśmy też do czynienia z kolejną – na szczęście nieudaną – próbą rozszerzenia tych zakazów, m.in. na „burgery”, „kiełbasę” i „steka”. I to wszystko w ramach dbałości o nas, konsumentów.

Jednym z koronnych argumentów za takim podejściem jest twierdzenie, że dzięki tym zakazom, rynek będzie bardziej uporządkowany, a klient ochroniony przed omyłkowym włożeniem do koszyka produktu, którego nie chciał. Wygląda to tak, jakby z definicji konsument samodzielnie nie odróżniał od siebie poszczególnych produktów. Nie umiał czytać czy też nie posługiwał się podstawowymi konstrukcjami gramatycznymi.

Czy wprowadza w błąd?

W moim odczuciu, mamy tu dwie możliwości. Albo słabą znajomość mechanizmów rynkowych naszych decydentów, albo tradycyjni wytwórcy zamiast skupić się na własnych produktach, koncentrują się na lobbingu, gdyż poczuli się na tyle zagrożeni rosnącą popularnością produktów roślinnych, że tylko takie wyjście im zostało.

Bowiem, z punktu widzenia producenta jedzenia roślinnego (wegańskiego) nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbym wprowadzać kogokolwiek w błąd. Jaki zresztą byłby rezultat takiego jednorazowego przecież „oszukania” klienta? Zapewne taki, że zapamiętałby sobie logo mojej marki bardzo dokładnie i więcej już po moje produkty nie zamierzałby sięgać. Co więcej, to właśnie producentowi bardzo zależy na tym, aby nabywca absolutnie nie był rozczarowany swoim wyborem. Tylko wówczas ponownie sięgnie po produkt oznaczony danym znakiem towarowym.

Patrząc z kolei z perspektywy nabywcy, który – przytłoczony w pewnym sensie ogromną ilością informacji znajdujących się na opakowaniu i etykiecie – może mieć tendencję do przeoczenia tej czy innej treści, bardzo pożądane jest, aby na opakowaniu wystąpiło słowo „roślinne” czy też „wegańskie”. Wówczas od razu, na pierwszy rzut oka wiem, że towar który właśnie oglądam spełnia kluczowe dla mnie kryterium składu.

Tym bardziej, że coraz mniej produktów – także spożywczych – można zidentyfikować w sposób kompletny używając tylko jednego słowa. Rozwój rynku doprowadził do sytuacji, że już nie wystarczy powiedzieć np. „chleb”, gdyż tego typu sformułowanie jest zbyt ogólne. Koniecznością stało się dodawanie do podstawowego rzeczownika co najmniej jednego przymiotnika, który dookreśla/dodefiniowuje dany produkt. Niektóre połączenia, świadomie lub nie, tworzą czasem zaskakujące nazwy i trudno wyobrazić sobie, że to dałoby się uregulować przepisami.

Co było pierwsze?

W obrocie funkcjonuje np. „mleczko kosmetyczne”, które z reguły nie zawiera w swoim składzie żadnego mleka, ba nawet są wersje wegańskie tego produktu. I nie słyszałem, żeby ktoś próbował „usystematyzować” nazewnictwo kosmetyków, aby „nie wprowadzało w błąd”. Już na tym przykładzie widać, że nazwy mogą powstawać na podstawie skojarzeń wizualnych czy dotykowych, a nie jako charakterystyka składników czy pochodzenia. Kolejnymi przykładami na produkty z mlekiem w nazwie, które nie mają nic wspólnego z krową czy kozą są np. „mleczko do czyszczenia”, „mleczko pszczele”, „mleczko kauczukowe” na sam koniec zostawiając najbardziej chyba znane Ptasie Mleczko®, w którym co prawda jest tradycyjne mleko w składzie, jednak nie słyszałem nigdy o ptakach*, które miałyby gruczoły mleczne. Podobnych przykładów można zapewne znaleźć mnóstwo.

Zresztą na jakiej podstawie piewcy zakazów klasyfikują wymienione na początku słowa jako wyłącznie i tradycyjnie przynależne tylko produktom odzwierzęcym? Skąd tak naprawdę pewność, że pierwszy kotlet nie był np. z fasoli? Często także podnoszony jest argument, że weganie usiłują naśladować „tradycyjne” produkty tak, aby te roślinne „udawały” swoje mleczne/mięsne odpowiedniki. Że tak im brakuje smaku mięsa, że chcą choćby namiastkę tego odnaleźć w roślinnym odpowiedniku. W tym miejscu chciałbym zauważyć, że te dyskusyjne słowa określają przede wszystkim… Cały tekst publikujemy w Nowości Gastronomiczne październik-listopad 2022. Kliknij, aby zapoznać się z pełną treścią.

© BROG B2B Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością sp.k.
Dalsze rozpowszechnianie powyższego materiału jest zabronione.

Opublikowano: 15.11.2022
Aktualizacja: 15.11.2022