Marcin Sasin z Sheraton Grand Warsaw o pasji do Azji

Udostępnij artykuł

[TYLKO U NAS] Szef kuchni w Sheraton Grand Warsaw – Marcin Sasin słynie ze swoich podróży, które bezpośrednio przekładają się na dania serwowane w hotelu. Szczególnie upodobał sobie kuchnię azjatycką. W rozmowie z nami opowiada dlaczego.

Marcin Sasin i Milena Kaszuba-Janus
Marcin Sasin i Milena Kaszuba-Janus

Wielokrotnie podkreślał Pan, że doświadczenie utrzymuje mnie w przekonaniu, że nie ma nic ważniejszego niż zgrany zespół. Na co Pan stawia przy kompletowaniu teamu?

To trudna sprawa. Cieszę się, że mam taki zespół. Nie zawsze może jestem idealnym szefem. Jednak stawiam na jedno: zrozumienie drugiego człowieka. Nieczęsto, ale zdarza się, że pracujemy po 16 godzin, więc to logiczne, że może coś nie wyjść. Ci, którzy ze mną pracują, wiedzą, że mam bardzo ludzkie podejście.

Gość musi być zadowolony

Czy ma Pan swoje rytuały, tradycje w kuchni?

Codziennie dzieje się coś innego. Może przy mniejszym zespole udałoby się coś takiego wyrobić. Na pewno wszyscy wiedzą, że gość musi być zadowolony. Gdybym teraz przyprowadził tutaj do nas cały zespół i zapytał co jest najważniejsze, to z pewnością wiedzieliby co odpowiedzieć. Przede wszystkim gość musi być zadowolony. Jeżeli płaci za konkretne danie to nie ma innej opcji. Dodatkowo wszystko zawsze musi być dostępne na kuchni. W związku z tym nie ma możliwości, że ktoś czegoś nie zrobił i w momencie otwarcia karty przez gościa, kelner musi powiedzieć, że dany składnik jest niedostępny. Nie ma takiej opcji.

Nie jest tajemnicą, że kuchnia azjatycka, to Pana konik. Co takiego w sobie ma, że tak bardzo ciągnie Pana w tamtą stronę?

Zrozumiałem to po 15 latach, w Bangkoku, na przyjęciu. Przygotowywałem je w jednym z hoteli dla około 250 osób. Pojawiły się dania kuchni polskiej i azjatyckiej. Było kilku szefów kuchni, wielu gości, dlatego wymienialiśmy się wizytówkami. Jeden z gości, jak się okazało, rektor uczelni wyższej, pokazał mi swoją wizytówkę, na której zobaczyłem logo z napisem Sasin. Okazało się, że w Bangkoku jest państwowa szkoła biznesu, która nazywa się właśnie Sasin (Sasin Graduate Institute of Business Administration of Chulalongkorn University – przyp. red). Co istotne tę nazwę nadał król. Wtedy wszystko stało się dla mnie jasne (śmiech).

Marcin Sasin ma zapisaną Azję w DNA

Myślę, że coś musiało zostać w tych genach i dlatego to nie może być przypadek. Czułem te kuchnie od samego początku. Stawałem przy woku i byłem spełniony. Powtórzę – chyba gdzieś w moim DNA został azjatycki pierwiastek. To było dla mnie z pewnością zaskakujące spotkanie. Wtedy zrozumiałem, że to wszystko musiało tak się skończyć – w tym przekonaniu umocniły mnie wyjazdy do Korei, Singapuru, Bangkoku. Nabrałem większego doświadczenia.

Może gdybym odwiedził jeden kraj, też byłoby inaczej. Dzięki podróżom wiem, że kimchi ma smakować tak, a nie inaczej. Podobnie beef pepper czy kung pao. Ostatnio pojawił się gość, który przed pandemią podróżował po Azji. To co zjadł u nas, od razu przywołało jego wspomnienia smakowe z wyjazdu. Goście cenią pokorę. To, że doceniają, to najlepsza nagroda. Byłem w Azji wiele razy, ale ciągle czuję, że jest jeszcze bardzo dużo do odkrycia. Teraz mam sporo obowiązków i nie mogę sobie pozwolić na długie podróże. Pełną treść wywiadu publikujemy w lipcowym wydaniu Nowości Gastronomiczne – czasopismo restauratorów. Prosimy kliknąć, aby się zapoznać.

Rozmawiała Milena Kaszuba-Janus

NOWOŚCI GASTRONOMICZNE listopad 2021
>> kliknij i zapoznaj się z pełnym wydaniem <<

© BROG B2B Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością sp.k.
Dalsze rozpowszechnianie powyższego materiału zabronione

Opublikowano: 13.01.2022
Aktualizacja: 13.01.2022