Marcin Krysiński, współwłaściciel sieci Mihiderka podsumowuje pierwszy miesiąc po ponownym otwarciu lokali

Komentuje Marcin Krysiński, współwłaściciel sieci Mihiderka
Spośród 10 punktów tworzących obecnie naszą sieć, cztery znajdują się w lokalizacjach przyulicznych, a sześć w centrach/galeriach handlowych. Daje to dodatkową możliwość porównania względem samej lokalizacji danej restauracji. 

Okres tzw. pandemii to czas, w którym wszystkie nasze plany bieżące i dotyczące rozwoju uległy brutalnej weryfikacji. Zamiast planowanych, nowych otwarć, których w roku 2020 mieliśmy mieć minimum cztery, mamy w zasadzie walkę o przetrwanie naszej sieci. Niestety, takie są realia i warto – moim zdaniem – podzielić się opisem tego, co wynika z tej sytuacji dla Mihiderki. 

Zdajemy sobie sprawę z tego, że nasz koncept należy do niszowych, a przez to prezentowane poniżej informacje mogę odstawać od średniej branżowej, jednak dobrze ilustrują one problem, w jakim znalazła się zarówno branża gastronomiczna, jak też wiele innych.

Najlepiej kwestię wpływu pandemii na naszą działalność ilustruje procentowe porównanie spadku sprzedaży sprzed tzw. „lockdownu” z tą osiągniętą za opisywany miesiąc. Zatem wzięliśmy pod uwagę (1) ostatnie 31 dni (okres 10 lutego 2020 poniedziałek do 11 marca 2020 środa), w których jeszcze prowadziliśmy normalną działalność i zestawiliśmy je z analogicznym (wg dni tygodnia) okresem 31 dni (2), a więc licząc od poniedziałku 18 maja do środy 17 czerwca. Dla poszczególnych lokalizacji spadki sprzedaży wyglądają następująco:

% spadku sprzedaży
Arkady Wrocławskie 83,26%
Galeria Katowicka 79,04%
Kraków, ul. Józefa 22 76,01%
Wrocław, pl. Dominikański 74,95%
Częstochowa, Galeria Jurajska 69,62%
Katowice, Galeria Libero 68,05%
Kraków, ul. Dietla 77 64,02%
Gemini Park Tychy 58,15%
Zabrze, CH M1 54,97%
Gliwice, ul. Kaczyniec 13 54,72%
W całej sieci 59,35%
w tym:
Przyuliczne 66,77%
Centra/Galerie Handlowe 69,14%

Warto tu także dodać, że w osiąganej sprzedaży zawarta jest także tzw. sprzedaż w dostawie, a więc w tym kanale dystrybucji dla którego inwestowanie w wykończenie i wyposażenie lokalu jest kompletnie zbędne. 

Przedstawione wartości ilustrują ogromne ubytki w sprzedaży. Zderzając to ze stosunkowo niską rentownością lokali gastronomicznych, która w zasadzie nie przekracza 10% możemy mówić o fatalnej sytuacji w jakiej znalazła się nasza sieć. Co gorsza, nic nie wskazuje na jakąś znaczącą poprawę w najbliższym czasie. Dopóki bowiem będą obowiązywały restrykcje i określone odległości pomiędzy zajętymi stolikami, dopóty szansa na istotny wzrost sprzedaży jest niewielka.  

Na tym tle zupełnie niepasująca do tego obrazu jest szeroko nagłaśniana przez wynajmujących informacja jakoby ruch w centrach/galeriach handlowych był niewiele niższy od tego sprzed „lockdownu”. Rozumiemy oczywiście, że dla każdego rodzaju działalności te zależności są różne i inaczej wpływają na ostateczne wyniki sprzedaży, jednak – co do zasady – jest raczej gorzej niż lepiej. 

Nie dziwi zatem coraz bardziej stanowcza postawa najemców, w tym oficjalnie zrzeszonych w grupie interesów (nasza firma nie należy w tym momencie do żadnej takiej organizacji), którzy domagają się wypracowania rozwiązań umożliwiających im przetrwanie. Zakładając nawet, że zapowiada „druga fala pandemii” nie nadejdzie, trudno spodziewać się, aby najemcy dysponowali rezerwami finansowymi pozwalającymi im na wielomiesięczne dopłacanie do ograniczonej działalności swoich biznesów. Inwestycje w wykończenie lokali zostały przecież poniesione – w naszym przypadku średni koszt uruchomienia lokalu to ok. 160 tys zł netto – w kompletnie innych realiach gospodarczych. Wówczas wynajmujący w centrach/galeriach handlowych roztaczali przez nami wizje stale rosnącego ruchu (tzw. footfall), który niejednokrotnie był określany milionem odwiedzających miesięcznie. Teraz, gdy sytuacja jest diametralnie inna, to właśnie od wynajmujących zależy, jak dalej potoczą się losy takich sieci jak Mihiderka. 

NOWOŚCI GASTRONOMICZNE
kwiecień-maj 2020
> kliknij, aby się zapoznać się z pełnym wydaniem <

W kwestii „wsparcia” oferowanego przez Państwo, zawiodło ono na całej linii. Najpierw przez to, że mimo minimum trzech miesięcy, jakie miało do dyspozycji zanim pojawił się u nas pierwszy pacjent z koronawirusem, nie przygotowało prawidłowo całego kraju do „lockdownu”. Następnie, co już jest tylko skutkiem pierwotnych zaniedbań, po omacku i na łapu-capu wprowadzane były zmiany w przepisach i kolejne „tarcze”. Rozwiązania, które niczego tak naprawdę nam nie dają. Bo po cóż nam tzw. „tarcza 15ze”, jeśli oznacza ona de facto akceptację czynszów dokładnie w tej wysokości, jaka obowiązywała przed pandemią mimo drastycznie gorszych warunków do prowadzenia lokali? Co ma niby dać zniesienie ograniczenia 1 os./4m2 w lokalu, skoro i tak stoliki muszą być od siebie oddalone o min. 2m? Nie wspomnę tu o sporych kosztach, jakie musimy ponosić w celu wypełnienia narzuconych rygorów sanitarnych. Rygorów, których jak wszyscy wiedzą nie przestrzegał nawet sam Pan Premier. W działaniach rządu nie widzę żadnej sensownej myśli. Zresztą, gdyby rzeczywiście była chęć zrekompensowania nam poniesionych strat, to potrzebna do tego „tarcza” (refundacja utraconych przychodów, wcześniej zainwestowanych środków, należnych do zapłaty czynszów i innych tego typu opłat) byłaby już uchwalona. Do tego już zupełnym kuriozum jest uparte trwanie przy zakazie handlu w niedzielę. Jego zniesienie z pewnością pomogłoby w odbudowie naszych biznesów. Myślę, że podobnie rozumują wynajmujący i wielu innych przedsiębiorców. 

Jako mała, rodzinna firma z kapitałem pochodzącym wyłącznie z własnych środków wypracowanych wcześniej innymi przedsięwzięciami, nie mamy możliwości po prostu dopłacać do funkcjonowania nierentownych lokali. Tym samym stajemy przed dość oczywistą alternatywą. Albo wynajmujący zgodzą się na czasowe dostosowanie wysokości opłat czynszowych do realiów wynikających z aktualnej sprzedaży, albo będziemy zmuszeni takie lokale po prostu zamknąć. Nasza marka zapewne z czasem dostosuje się do zmian na rynku – m.in. przez uruchomienie sprzedaży alternatywnymi kanałami, takimi jak dowóz gotowych dań do klienta (catering) – jednak dużo ostrożniej będziemy podchodzić do ewentualnych, kolejnych otwarć w przyszłości (po pandemii). Zakładam, że inni myślą podobnie, a zatem znalezienie nowych najemców może być dla wynajmujących znacznie trudniejsze niż dogadanie się z obecnymi. 

Zresztą walka o przetrwanie to nie tylko próby urealnienia czynszów. To także konieczność optymalizacji w zakresie innych kosztów, szczególnie osobowych. Tu niezbędna jest elastyczność zarządców, którzy np. nie powinni upierać się przy otwieraniu lokali w tzw. godzinach otwarcia centrum/galerii i czasowo pozostawić nam swobodę w tym zakresie. I trzeba powiedzieć, że w większości przypadków zarządcy stanęli tu na wysokości zadania i jednak starają się wyjść naprzeciw naszym oczekiwaniom. Dzięki temu mamy nieco niższe koszty funkcjonowania, co zwiększa szanse na przyszłość. 

Kolejnym, dobrym prognostykiem jest fakt, iż już w 7 przypadkach negocjacje są na dobrej drodze do – jak się wydaje – osiągnięcia sensownego kompromisu. Pozostałe 3 umowy jeszcze czekają w kolejce na rozwój wypadków i sądzę, że do końca czerwca sprawy się wyjaśnią do tego stopnia, że wreszcie będziemy wiedzieć na czym stoimy. Podkreślam, że nie jest naszą intencją wykorzystywanie obecnej sytuacji do kompleksowej renegocjacji umów najmu. 

Trochę niepokojące wszakże są sytuacje, które pokazują, że niektórzy przedstawiciele zarządzających obiektami zatrzymali się mentalnie dobrze przed pandemią. Ostatnio na przykład zostaliśmy wezwani – pod rygorem dokonania tego na nasz koszt – o uzupełnienie jakiejś drobnej kwestii technicznej w jednym z lokali. Dodam, że kwestii nie mającej żadnego istotnego znaczenia dla wynajmującego (tym bardziej funkcjonowania obiektu), a nam przysparzającej dodatkowych kosztów eksploatacyjnych (większe zużycie prądu) oraz oczywiście zrealizowania tej poprawki. To – jak na razie – najbardziej absurdalne żądanie, jakie zostało do nas skierowane w tym trudnym czasie. Szkoda jednak, że musimy się zajmować realizacją tej „prośby” w chwili, gdy liczy się każda złotówka. No cóż, trudne czasy pokazują wielkość jednych, a obnażają małość innych. Oby tych drugich było jak najmniej, bo czeka nas jeszcze wiele pracy zanim wrócimy do czasów sprzed pandemii. 

© BROG B2B Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością sp.k.
Dalsze rozpowszechnianie powyższego materiału jest zabronione.