Małgorzata i Robert Piwońscy: Promujemy prawdziwe piekarstwo

Udostępnij nas na:
Ich rodzinny biznes funkcjonuje od 1955 roku. Wszystko zaczęło się od pełnego energii, niesubordynowanego Stanisława Piwońskiego. Dziś piekarnie prowadzi jego syn wraz ze swoimi najbliższymi. O wypiekaniu prawdziwego chleba i hiszpańskich przysmaków, świadomości konsumentów, nagrodach i wyróżnieniach opowiadają Małgorzata i Robert Piwońscy.


Fot. Karolina Jóźwiak, www.fotogenetycznie.pl

Piekarnia działa od prawie 65 lat. Ale jej historia wcale nie zaczęła się od wypiekania chleba… Co wspólnego z tym wszystkim mają jabłka?

Małgorzata Piwońska: Cała historia zaczyna się 1938 roku w Suchowoli, gdy mój dziadek Stanisław, miał 16 lat, a jego sąsiadem był człowiek, który miał najlepszą jabłonkę w całej wsi. Dziadek z kolegami regularnie zrywali owoce, ale w końcu sąsiad nie wytrzymał i w okolicznym sklepie, w towarzystwie strzelby, ogłosił, że jeśli kogoś złapie na zrywaniu jabłek, to go poczęstuje kulą z tej strzelby. Dziadek to usłyszał, zatarł ręce i założył się z kolegami, że zerwie wszystkie owoce. Sąsiad, w oczekiwaniu na intruza zasnął pod drzewem, a dziadek oberwał wszystko, co do jabłka. Nikt by się nie zorientował. Tylko dziadek ukrył je w stodole, a one po kilku dniach zaczęły intensywnie pachnieć, więc pradziadek od razu zorientował się, co jest grane i nakazał publicznie przeprosić sąsiada. Dziadek nie mógł się na to zgodzić, więc postanowił uciec z domu. Schronienie znalazł w piekarni, ponieważ wiedział, że tam jest ciepło i zawsze znajdzie się coś do jedzenia. Wrócił przed wojną, pogodził się z rodziną i sąsiadem, jednak dostał wezwanie na przymusowe roboty do Niemiec, na które się nie stawił.

Robert Piwoński: Mój tata z natury był niesubordynowany, w związku z czym niemieckich poleceń też nie słuchał, za co został skazany na karę śmierci. Doszedł do wniosku, że piekarnia po raz kolejny jest dobrym miejscem na ukrywanie. Jest ciepło, jest co jeść – przy czym jeszcze doskonalił swoje rzemiosło, co przydało mu się po zakończeniu wojny.

MP: Po wojnie dziadek został kierownikiem piekarni w Cieplicach Śląskich. Babcia z kolei pochodziła z Warszawy, ale po wojnie miasto było zburzone, więc nie miała do czego wrócić i trafiła do okolicy, w której mieszkał dziadek. Poszukiwał sprzedawczyni pieczywa, a znalazł żonę. Ze względu na złe samopoczucie babci w ciąży, na które wpływ miał tamtejszy klimat, przeprowadzili się do Łomianek i otworzyli pierwsza piekarnię. Niestety pewnej nocy wybuchł w niej pożar.

RP: Widziałem, jak tata wbiega w płomienie i wynosi maszyny, których normalnie nie podniosłoby kilku mężczyzn. Jednak emocje i adrenalina zrobiły swoje. Jeden z uratowanych elementów wciąż działa – dzielarka do ciasta. W 1962 roku ojciec wykupił elementy konstrukcyjne pieca, który kiedyś znajdował się w piekarni przy ul. Złotej w Warszawie, u Marszałka i rozpoczął działalność w nowym miejscu w Łomiankach na Warszawskiej 88, w której obecnie się znajdujemy. Do dziś w piekarni przetrwały oryginalne kafelki czy lada.

Pana wykształcenie nie wiązało się jednak z rodzinnym biznesem. Co zdecydowało o tym, że zajął się nim Pan na pełny etat?

RP: Kształciłem się równolegle w dwóch zawodach. Wcześniej zacząłem przygodę z piekarstwem. Gdy chciałem zarobić na wakacje – trzeba było pomagać. Najpierw były czynności pomocnicze, później praca przy stole, wyrabianie ciasta i obsługa pieca, którą chyba najbardziej lubię. Miałem nieszczęście się dobrze uczyć (śmiech), po maturze zdałem egzaminy na Politechnikę Warszawską, na wydział Mechaniczny Energetyki i Lotnictwa i na nim skończyłem studia. Trafiłem na niezbyt sprzyjające czasy, PRL, przechodzenie z jednego kryzysu w kolejny. Zacząłem prace w biurze projektowym, zajęć było niewiele, w związku z czym pieniędzy również. My udawaliśmy, że pracujemy, oni że nam płacą (śmiech). Miałem już wówczas rodzinę, żonę, dzieci – nie bardzo w związku z tym wypadało, żeby ktoś mnie utrzymywał. Więc zabrałem się do pracy, aby kontynuować dzieło ojca. Z natury jestem dosyć dynamiczny, więc siedzenie na biurkiem nie do końca było też dla mnie. Małgosia też to ma (śmiech).

Czy zawsze wiedziałaś, że będziesz wspierać tatę w piekarni czy to dzieło przypadku?

MP: Tata nie sądził, że któraś z nas będzie chciała zaangażować się w sprawy piekarni, szczególnie, że nas do tego zniechęcał. Rodzice zapewnili nam wykształcenie, żebyśmy mogły mieć normalne życie (śmiech). Moja najstarsza siostra pomagała mu, gdy miała 15 czy 16 lat jeszcze, gdy żyli dziadkowie. Wtedy dostała w kość na tyle, że stwierdziła, że musi szukać innego zajęcia (śmiech). Mnie do zaangażowania w życie piekarni przekonali przede wszystkim klienci. Dorabiałam sobie tutaj w wakacje, więc miałam z nimi bezpośredni kontakt. Często mówili: macie najlepsze pieczywo, zdarzały się też podziękowania, a nawet kwiaty. Spędzałam tu kilka godzin, a wychodziłam naładowana pozytywną energią. Drugi argument, to handlowcy, którzy namawiali nas na zakup polepszaczy – wtedy zdałam sobie sprawę, że nasza piekarnia jest miejscem unikatowym. Postanowiłam się zaangażować i nie dopuścić do zamknięcia piekarni, szkoda byłoby zmarnować tyle lat tradycji i niezwykle ciężkiej pracy dziadków i taty.

RP: To bardzo ciężka praca, w dużej mierze w nocy, wyczerpująca fizycznie. Nie na darmo tradycyjne piekarnictwo nazywa się białym górnictwem. Nie mówię oczywiście o sytuacji, w której wszystko robi maszyna.

Jak się współpracuje z tatą?

MP: Fantastycznie. Niestety głównym problemem jest to, że nasze rozmowy dominuje praca. Staram się wyręczać tatę, jak tylko mogę, ale otwarcie sklepów firmowych dołożyło mi wiele obowiązków, tacie niestety też. Dodatkowo piekarnia jest czynna prawie całą dobę, więc często z tatą się mijamy. Na przykład święta to okres, gdy praktycznie w ogóle nie śpimy. Gdy wszyscy cieszą się na ten czas, w piekarni jest on jednym z najtrudniejszych. Gdy wszyscy siadają spokojnie do stołów i czekają na pierwszą gwiazdkę, u nas dobrze, gdy Wigilia zaczyna się o 23:00 (śmiech).

RP: 1 grudnia już zapala mi się czerwona lampka, że zaraz się zacznie (śmiech). To tez czas konserwacji i modlitwy, by nie zdarzyła się żadna awaria. Jednego roku, zaraz po otwarciu piekarni przeze mnie, na chwilę przed Wielkanocą, o 14:00  wyłączyli nam światło. Brak prądu oznaczał też brak wody. Najpierw dotarł do nas komunikat, że ok. 17:00 wszystko wróci do normy. Później okazało się, że nie wiadomo, kiedy zostanie on włączony, może nawet po świętach. Wszystko musieliśmy robić ręcznie. Wodę nosiłem w wiadrach, prosto ze studni. Byliśmy wykończeni. Zaraz po świętach kupiłem agregat (śmiech)…

Rozmawiała Milena Kaszuba-Janus

Cały wywiad publikujemy w:

 

© BROG B2B Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością sp.k. Dalsze rozpowszechnianie powyższego materiału jest zabronione.